komiks, książki, książki dla dzieci, muzyka i inne rzeczy
czwartek, 27 czerwca 2013
DIY - "Kamień przeznaczenia" Tomy 2-3 - Kleszcz - Akcja "Piszmy o polskich komiksach" #7

Tak jak pierwszy tom "Kamienia przeznaczenia" Tomasza Kleszcza mnie zainteresował tak dwa następne tomy już nie są tak wciągające. Niestety.

Od razu zaznaczam, że moje opinie są czysto subiektywne, wynikają z moich upodobań i jakiejś tam wizji komiksu i sposobu opowiadania jaki preferuję. Dlatego proszę o dystans do tych wpisów, bo choć czasem będą surowe, to nie mam na celu nikogo obrażać.

Kamień Przeznaczenia T.2 - scenariusz i rysunki Tomasz Kleszcz

Darzę ogromnym szacunkiem Tomasza Kleszcza. To autor, który nie ogląda się na nic i nikogo tylko zapieprza nad swoimi komiksami. Jednocześnie czytając jego wypowiedzi, trudno nie czuć do gościa sympatii, wszak to facet skromny, pełen pokory i świadomy niedoskonałości swojego warsztatu. Facet, który ma w sobie nieskończone pokłady pasji. Kleszcz nie narzeka na wszystko (no dobra, zdarza mu się wylewanie gorzkich żali) jak niektórzy krzykacze co zrobili dwie plansze i domagają się pokłonów, tylko siedzi i robi. Szlifuje, poprawia, pracuje.

Tylko, że jakoś wielkiego progresu nie widać. Kleszcz jest dobry w tym co mu zawsze najlepiej wychodziło - w dynamicznych scenach (zwłaszcza samochodowych pościgów), nieźle wychodzi mu architektura, tła. Warto docenić dbałość o szczegóły dekoracji. Ale wizerunki postaci - czyli to co najważniejsze wciąż nie są zbyt udane. Zdarzają się co prawda wyjątki*, kadry perełki, ale generalnie to bohaterowie rysownikowi nie wychodzą. Mężczyźni, zwłaszcza ci przypakowani, cierpią na "syndrom goryla" czyli przerost przedramion i dłoni, tu i tam zachwiane są proporcje, często ludzie przedstawiani są w dziwacznych pozach, które tylko podkreślają  braki warsztatowe. 

Tak jak wcześniej przymykałem na to oko dając kredyt zaufania Kleszczowi jako rysownikowi na poczet fabuły, tak tym razem już tego nie będę robić. Historia odjeżdża w jakąś dziwną stronę, która mnie ani trochę nie rajcuje, narracja jest coraz mniej ciekawie poprowadzona - rympucympu od bijatyki do pościgu. Dialogi chrzęszczą - być może wyjściem byłoby podsunięcie ich do wygładzenia jakiemuś doświadczonemu scenarzyście?

Kamień Przeznaczenia T.3 - scenariusz i rysunki Tomasz Kleszcz

Generalnie wielki szacunek za ambitne pociągnięcie dużego projektu. Na pewno autor się przy okazji jego realizacji sporo nauczył. Myślę jednak, że Kleszczowi najlepiej zrobiłaby współpraca z drobiazgowym i czepialskim scenarzystą lub tandemem scenarzysta-redaktor, którzy po prostu wnikliwie będą z rysownikiem analizować kolejne narysowane strony. Nie na zasadzie "ale fajnie narysowałeś moją historię" ale "ten kadr ok, tamten do poprawy dlatego i dlatego. Dasz radę! Możesz wycisnąć z tego więcej!".

Bo takie mam ogólne wrażenie. Kleszcz mógł z tego wycisnąć (dużo) więcej.

______________________

* ale i dziwne kadry, zupełnie nie w stylu autora a w stylu np. Franka Millera czy Johna Romity Jr. - tom 2 strona 39 - mały kadr ze zbliżeniem profilu - bardzo delikatna szkicowa kreska, nieco inna od tego co na ogół rysuje Kleszcz

niedziela, 19 maja 2013
Rycerz Ciernistego Krzewu - różni autorzy - Akcja "Piszmy o polskich komiksach" #6

Akcji "piszmy o polskich komiksach" odsłona szósta. "Rycerz Ciernistego Krzewu" to projekt w który zaangażowanych było bardzo dużo twórców (a to przecież tylko wątły 40 stronicowy zeszyt) i który już przed premierą wzbudził sporo emocji.

Od razu zaznaczam, że moje opinie są czysto subiektywne, wynikają z moich upodobań i jakiejś tam wizji komiksu i sposobu opowiadania jaki preferuję. Dlatego proszę o dystans do tych wpisów, bo choć czasem będą surowe, to nie mam na celu nikogo obrażać.

UWAGA W TEKŚCIE POJAWIĄ SIĘ SPOILERY - jeśli nie chcesz psuć sobie lektury komiksu, nie czytaj!!

Rycerz Ciernistego Krzewu

Na tym blogu od jakiegoś czasu trwała promocja projektu "Rycerz Ciernistego Krzewu". Można było obejrzeć szkice, plansze wreszcie poczytać wywiady z twórcami (w których padały czasem dość buńczuczne tezy i deklaracje). Wreszcie na Festiwalu Komiksowa Warszawa 2013 komiks się ukazał, nakładem Wydawnictwa Komiksowego.

I jest to niestety pozycja bardzo nieudana.

Jeden scenarzysta (debiutant), jeden kolorysta, dwudziestu rysowników (każdy narysował po 2 plansze). Już przy pierwszej informacji o takiej konstrukcji albumu może się zapalić ostrzegawcze światełko. To raczej karkołomny pomysł.

Album otoczył opieką redakcyjną Wojciech Szot, głównodowodzący Wydawnictwem Komiksowym, znany niegdyś z prowadzenia oficyny Abiekt, która opublikowała trzy bardzo ciekawe komiksy (w tym naprawdę świetne "Fun Home" Alison Bechdel), ale czytając "RCK" trudno nie odnieść wrażenia, że faktycznej redakcji zabrakło. Gdy ukazuje się album debiutującego scenarzysty, który nie ma na koncie nawet kilku opublikowanych szortów, to powinnością redaktora jest z takim autorem solidnie projekt przepracować (zresztą tak jak i z rysownikami), wskazać niedociągnięcia, nakazać zmiany, choćby miały być bardzo gruntowne.

Najwyraźniej nic takiego nie miało miejsca.

Komiks jest niesamowicie chaotyczny. Zaczyna się jednak ciekawie. Dawid Kuca (scenarzysta) wprowadza dwóch bohaterów Magnata Fryderyka vel RCK i Mikołaja Kopernika oraz kontekst historyczny. Z kilku pierwszych plansz wynika, że bohaterowie się znają, łączy ich jakaś wspólna przeszłość, która być może później zostanie przywołana w retrospekcjach itp. Razi jednak, że przedstawienie postaci odbywa się za pomocą łopatologicznych wstawek narracyjnych. Można to było przecież wpleść w dialogi, zasugerować rysunkami... I tak nawet jest to zrobione. Kopernik jest narysowany tak, że przypomina wizerunki słynnego astronoma (które znane są chyba każdemu obywatelowi tego kraju), Fryderyk zastaje go spoglądającego przez teleskop w niebo i nazywa po imieniu i tu już nikt nie mógł mieć wątpliwości kto zacz, po czym Kuca przywala wstawką narracyjną: "Człowiek renesansu, Mikołaj Kopernik". Tak się nie robi, gdyż jest to dublowanie tekstem narracyjnym informacji podanej rysunkiem i dialogiem, nie mówiąc już, że czytelnik może odczuć, że jego inteligencja jest obrażana. Następnie Kopernik sugeruje, że Fryderyk powinien ruszyć do boju samotnie jako RCK a nie jako magnat ze swoimi oddziałami (a jak wiadomo magnaci w XVI wieku często utrzymywali prywatne armie) co już samo w sobie jest nielogiczne (przecież zapewnianie przeciwnikowi przewagi liczebnej do najmądrzejszych strategii nie należy) a ponadto pod koniec albumu, do RCK i tak dołączają polskie wojska* i ratują mu skórę (czyli jednak dodatkowe miecze i oszczepy się przydają). Po czym Fryderyk otrzymuje wynalezioną przez Kopernika broń, która mu pomoże w walce (to już jest strasznie wytarta klisza - rębajło ma kumpla geniusza, który mu robi super zabawki do zabijania).

Później następuje dziwaczna i w sumie zbędna scenka uwięzienia Fryderyka w domu w lesie. Byłaby ona jeszcze do przełknięcia, gdyby nie fakt jak została skonstruowana i jak jest nielogiczna. Fryderyk wchodzi do domu, w którym "uwięzieni" są trzej jegomoście. A nie mogli wyjść dlatego, że drzwi nie mają klamki od wewnątrz. Pierwszy kadr tej scenki pokazuje Fryderyka stojącego w otwartych drzwiach, podczas gdy jegomoście siedzą przy stole. I co? Uwięzieni szlachcice zamiast krzyczeć coś w stylu "Nie zamykaj drzwi!" czekają, aż te się zamkną i... przedstawiają się Fryderykowi. Nie zasugerowano, że wejście w jakiś sposób się zatrzasnęło i nie można go otworzyć, za to trzech (a potem czterech) dorosłych facetów z czego przynajmniej jeden jest uzbrojony nie są w stanie sobie poradzić z drewnianymi drzwiami.

Potem zaserwowano sceny walk z potworami, zombiakami i Krzyżakami. Aż do finałowego pojedynku z Albrechtem Hohenzollernem i ostatniej sekwencji najwidoczniej zapowiadającej kontynuację. I tyle.

Z tej historii zieje pustka. Kuca spłodził pretekstową fabułkę sprowadzającą się tylko i wyłącznie do tego, żeby pokazywać jak to RCK zabija wrogów (rzucając dookoła nadętymi tekstami) i że Krzyżacy potrafią jedynie uciekać w krzaki. Bohaterowie nie zdradzają żadnych rysów psychologicznych, dialogi są drętwe i sztuczne i tak naprawdę wszystko sprowadza się do nawalanki.

Kompletnie bez sensu. Komiks to przede wszystkim fabuła. Nawet najlepsze rysunki nie obronią słabej historii.

A rysunki w tym albumie niestety najlepsze nie są. Tak jak mówiłem już sama koncepcja albumu, przy którym pracowało tak wielu twórców, wydawała mi się dziwna, bo wątpiłem czy album będzie spójny. Moje obawy się spełniły.

Autorzy "RCK" a przede wszystkim scenarzysta (i redaktor), powinni dbać o graficzną harmonię albumu. Bo album komiksowy, który opowiada jedną zwartą historię musi być spójny (chyba że brak spójności jest uzasadniony fabularnie - tu tak nie jest). Album jest utrzymany w konwencji realistycznej tylko, że nie wszyscy rysownicy się w takiej stylistyce odnajdują. Większości najzwyczajniej brakuje warsztatu. O ile pierwsze 6 plansz wygląda dobrze - rysują kolejno Tomasz Kleszcz, Waldemar Juszczyk, Grzegorz Lubas - którzy operują w miarę podobną kreską (choć Lubas "już" zmienia Fryderykowi fryzurę...) o tyle kilka następnych plansz jest już o klasę gorszych i widać, że ich autorzy nie radzą sobie w rysunku realistycznym. I generalnie przez cały album jest taka przeplatanka: kilka dobrych plansz potem kilka plansz słabiutkich. Najdobitniej taką opozycję widać gdy po Annie Helenie Szymborskiej swe plansze prezentuje Maciej Kachel. Szymborska rysuje z polotem lekko, na jej kadra widać, że autorka rozumie na czym polega specyfika opowiadania komiksem. Zaraz potem Kachel serwuje rysunki, w których szwankuje dosłownie wszystko. Proporcje postaci są zaburzone, pozostawiono szkicowe kreski, w tle pokazuje się kuriozalne przedstawienie architektury. Przykłady można by mnożyć. Dynamiczne sceny walki do narysowania dostali autorzy, którzy sobie z tym kompletnie nie radzą (np. plansze 30-31). To jest jednak zarzut przede wszystkim do scenarzysty. To on powinien dopasować fragmenty scenariusza  do umiejętności i preferencji rysowników.

Kolory Kamila Karpińskiego nie pomagają "RCK" a czasem wręcz przeciwnie. Zbyt ciemne, zlewające się, powodują że rysunki stają się nieczytelne a szczegóły gubią się. Poza tym tak jednostajna paleta barw jest błędem, ponieważ kolorowane plansze bardzo się od siebie różnią, wszak autorzy rysują inaczej. Jednym kolory nałożone przez Karpińskiego służą, zaś innym szkodzą.

"Rycerz Ciernistego Krzewu" jest bardzo nieudaną publikacją. Płytka, pretekstowa, pełna nielogiczności fabuła okraszona zróżnicowanymi poziomem rysunkami, często przytłoczonymi kolorami. To niespójny graficznie album, który nie oferuje czytelnikowi zbyt wiele dobrego.

 

_________

*Nota bene dowódca oddziału przychodzącego w sukurs RCK też jest przedstawiony wstawką narracyjną "Dowódca oddziału Korony, karzeł Walenty Kumor" - po co pisać, że to karzeł skoro jest to doskonale widoczne na rysunkach? Gdy RCK pojawia się po raz pierwszy w pełnej krasie też przedstawia go taka wstawka. Po co? Przecież już został przedstawiony na okładce i w rozmowie z Mikołajem a na stronie 36 sam mówi "Jam jest RCK"...

niedziela, 14 października 2012
Po MFKowe czytanie - Akcja "Piszmy o polskich komiksach"

MFKiG to jak zwykle oprócz spotkań ze znajomymi i innych komiksowych atrakcji (wystawy, spotkania autorskie, autografy) możliwość obkupienia się w nowości wydawnicze i szansa na nadrobienie zaległości. Jako że uważam, że to polski komiks jest najważniejszy olałem premiery autorów zagranicznych i kupiłem tylko i wyłącznie produkcje rodzimych twórców zwłaszcza z sektoru DIY. Kilka nawet zdążyłem już przeczytać więc po kilka zdań o każdym. Porządek jakościowy (od najsłabszego do najlepszego):

Ciemna strona księżyca - Olga Wróbel

Pełnometrażowy debiut Olgi Wróbel, znanej z publikacji różnych tu i tam, to niestety nieporozumienie. Znając wcześniejsze dokonania autorki trudno było mieć złudzenia, że "Ciemna strona księżyca" będzie powalała grafiką, ale można było liczyć przynajmniej na solidną opowieść. Jednak historia jest pozrywana, przeładowana tekstem, przez co lektura staje się męcząca. Nie ma oddechu, brakuje stopniowania napięcia. Być może komiks lepiej by się sprawdził publikowany jako kilkustronicowe odcinki, bo jako pełenmetraż jest srogim wyzwaniem dla czytelnika. Myślę, że albumowi zabrakło uważnego redaktora, który by zasugerował przebudowanie fabuły. Aczkolwiek w komiksie jest kilka naprawdę udanych fragmentów (jak choćby scenka z balonem), ale to za mało. Szkoda, bo ten album mógł być wydarzeniem.

Keft II Bromance - DNC

A Drużyna Niesamowitych Cweli nie próżnuje i wraca z kolejną różową produkcją. I wciąż chcą dorwać Spellcastera. Mam jednak wrażenie, że formuła powoli się wyczerpuje. O ile w pierwszym zeszycie środowiskowe żarty miały sporą siłę rażenia, o tyle podróże w czasie, starcia z krzyżakami i Chopinem już tak nie działają. Choć wciąż jest zabawnie. Zeszycik  jest chaotyczny, jedni autorzy są bardziej biegli niż inni, zdecydowanie najlepiej prezentują się partie Brzoza. Generalnie spoko, choć może czas by ekipa wzięła się za solowe projekty? Takie jak...

Wrotki śmierci

"Wrotki śmierci" Brzoza! Super sprawa. Miniaturka o jednym z Keftów czyli stworków, które na ogół kręcą się przy Wrzosie - jednym z bohaterów DNC. To właściwie taki dzień z życia stworka. Uroczy! Zabawny! Prosto ale czytelnie i przyzwoicie narysowany! W sumie trochę podobny klimat do zeszycików "Moe" i "Om" Piotra Nowackiego. Bardzo fajne!

 

Rozmówki polsko-angielskie - Agata Wawryniuk

Kolejny albumowy debiut w dzisiejszym zestawieniu, to również komiks autobio, tak jak i "Ciemna strona księżyca". Agata Wawryniuk opisuje przygnębiające losy polskiej zarobkowej emigracji na Wyspach.  Kolejki do zatrudnienia, różne dziwne prace, inaczej rozumujący lokalsi i cwane Polaczki. To taki komiks o bolesnym zetknięciu z rzeczywistością i błyskawicznym dorastaniem do niej. Troje bohaterów ma naiwne wyobrażenia o wspaniałej Anglii, które szybko zostają uziemione przez fakty. Wawryniuk wprawnie operuje ołówkiem, sprawnie opowiada, także komiks czyta się bardzo dobrze. A co najważniejsze, to naprawdę świetna rzecz, która spokojnie znalazłaby miejsce u takich edytorów jak Fantagraphics czy Top Shelf. To opowieść, która jest głosem może nie pokolenia ale opisuje bardzo ważną społecznie kwestię. Obawiam się niestety, że fakt iż to komiks - a więc gatunek w Polsce pogardzany, "Rozmówki" nie wyjdą daleko poza niszę a śmiem twierdzić, że ta sama historia jako książka, reportaż czy film powodowała by masowe popuszczanie przez różnej maści krytyków, dziennikarzy z prasy codziennej i pewnie nawet jedna i druga celebrytka by się na ten temat musiała fachowo wypowiedzieć. Więc zadaniem priorytetowym dla wydawcy - Kultury Gniewu, powinno być jak najbardziej uporczywe wypychanie tego albumu poza środowisko. "Rozmówki" na pewno zasługują by stać się komiksem dyskutowanym i ważnym nie tylko dla komiksowa.

Kwiatuszku - Maciej Czapiewski

Dobra, na ten komiks czekałem najbardziej. Bo to postapo. Bo to produkcja Macieja Czapiewskiego, którego prace lubię. Bo to od Smallpress.pl czyli edytora, któremu najbardziej kibicuję. Bo ma świetną okładkę. Bo są tam zmutowane psy - a jako psychofanowi "Żuka w mrowisku" Strugackich, już sama informacja o tym mnie nastroiła hurraoptymistycznie. Kupiłem i...

Komiks jest świetny! Owszem, tu i tam jeszcze co nieco w rysunkach nie funguje, ale kochani! "Kwiatuszku" to niesamowity klimat, to świetna historia, to kilka rewelacyjnych scen, to konsekwentna i konkretna wizja. To jest po prostu odkrycie. Jak dla mnie album roku. Macieju i Smallpressie - więcej takich komiksów poproszę. Natychmiast.

Wkrótce być może więcej o innych polskich komiksach.

sobota, 11 lutego 2012
Złote pszczoły - Antologia - Akcja "Piszmy o polskich komiksach" #5

Akcji "Piszmy o polskich komiksach" odsłona piąta. Dziś o antologii "Złote pszczoły", to ten tekst, z którym walczyłem ostatnio. Miejsce docelowe publikacji wydygało i nie puściło tekstu, najwyraźniej był on dla nich za mocny (szkoda, że nie widzieli pierwszej wersji). Za pomoc i redakcję dziękuję Dominice Węcławek i Karolowi Konwerskiemu.

Od razu zaznaczam, że moje opinie są czysto subiektywne, wynikają z moich upodobań i jakiejś tam wizji komiksu i sposobu opowiadania jaki preferuję. Dlatego proszę o dystans do tych wpisów, bo choć czasem będą surowe, to nie mam na celu nikogo obrażać.

Złote pszczoły

Chwalona przez krytyków antologia poświęcona stołecznej społeczności żydowskiej w międzywojniu „Złote pszczoły” rozeszła się w mgnieniu oka i jest już praktycznie nie do zdobycia. Chętni zapoznania będą polować na egzemplarz tu i tam – pytanie tylko czy warto? Moim zdaniem nie bardzo.


Monika Powalisz, scenarzystka znana z komiksu „Płaszcz Ajewskiego” (rys. Tymek Jezierski, wyd. Bellona), zaprosiła do współpracy sześć rysowniczek, wraz z którymi stworzyła jedną z najgorszych antologii jaką miałem okazję czytać. Wiadomo, tego typu wydawnictwa, złożone z małych fragmentów w różnych stylistykach na ogół są bardzo nierówne. Są rzeczy lepsze i gorsze, perełki i koszmarki. W „Złotych pszczołach” jest bardzo równo, niestety chodzi tu o niezbyt wysoki poziom. Na szczęście obronną ręką wychodzą doświadczone twórczynie, takie jak Agata ENDO Nowicka. Niska jakość zbioru to głównie wina scenarzystki.


Dlatego, że o ile Powalisz na pewno włożyła w ten projekt masę serca i pracy przy zbieraniu materiałów czy dokumentacji o tyle poległa z kretesem jako scenarzystka i przede wszystkim redaktorka. Bo za fiasko artystyczne antologii nie należy obwiniać rysowniczki, ale główną autorkę projektu  właśnie. W rozmowie z Dominiką Węcławek Powalisz mówi: „Wielu scenarzystów po prostu oddaje w ręce rysownika tekst. Ja moim twórczyniom dostarczyłam mnóstwa dodatkowych materiałów, na przykład archiwalne zdjęcia. A gdy miały jakieś wątpliwości, konsultowałyśmy się także z historykami.” Zgoda, tylko, że to nie wszystko, co leży w powinnościach scenarzysty, oraz (a może a zwłaszcza!) redaktora. Oprócz przekazania tekstu i materiałów niezbędna jest umiejętność krytycznego odniesienia się do pracy rysownika, wskazanie błędów i niedociągnięć. Ponadto fundamentalne znaczenie ma dystans do własnej pracy i obiektywne nań spojrzenie. Czy scenariusz mógłby być lepszy? Czy jest dobrze skonstruowany? Czy wszystkie elementy do siebie pasują? Czy styl rysownika pasuje do opowiadanej treści? Gdyby Powalisz odpowiedziała sama sobie na te pytania być może „Złote pszczoły” byłyby dużo lepszym zestawem komiksów. A tak niestety antologia jest zbiorem zagubionych w niedociągnięciach źle dopasowanych scenariuszy rysowniczek. Jest zbiorem źle skonstruowanych i niewłaściwie opowiedzianych historii.

Złote pszczoły - Monika Powalisz, Agata ENDO Nowicka
Sebastian Frąckiewicz pisze, że na tle polskiego komiksu historycznego „Złote pszczoły” są przełomem i jest to „rzecz na europejskim poziomie”. Szkoda tylko, że powyższe superlatywy pasują raczej do „Stanu” Jacka Frąsia czy zilustrowanej przez niego  „Tragedyi Płockiej” do scenariusza Grzegorza Janusza, nie do omawianej antologii.


Ten sam krytyk chwali posunięcie jakim było zaproszenie do projektu artystek nie rysujących na co dzień komiksów. Twierdzi, że dzięki temu „zyskano świeże spojrzenie na komiksowe medium”. Owszem to może być atutem pod warunkiem, że scenarzysta przepracowuje z takimi rysownikami każdy aspekt poruszania się w obrębie możliwości, jakie dają nowele graficzne. W „Złotych pszczołach” tak się nie dzieje, to właśnie jest największa bolączka całej antologii. Wszystkie nierysujące komiksów panie wróciły na tarczy z konfrontacji z językiem medium, u pozostałych bolączką jest już samo dopasowanie stylu do scenariusza.


Joanna Jurczak dostała do zilustrowania dzieje dwóch architektów, abstrahując już od karykaturalnych (w tym złym znaczeniu) wizerunków postaci artystka, która kompletnie nie radzi sobie z przedstawieniami architektury dostaje taką historię? Olga Wróbel, czująca się chyba najlepiej w bardzo statycznych kadrach nagle musi rysować dynamiczne sceny. Interesująco prezentują się plansze wykonaniu Malwiny Konopackiej i Zosi Dzierżawskiej, chodź i u jednej i drugiej zdarzają się usterki. Jedyną w pełni profesjonalną pracę zaprezentowała Nowicka, która język komiksu doskonale czuje (podobnie jak Wróbel) i ma doskonały warsztat. O ostatniej historii z ilustracjami Anny Czarnoty chciałbym jak najszybciej zapomnieć.

Złote pszczoły - Monika Powalisz, Joanna Jurczak
Najczęściej okazuje się też, że poszczególne komiksy są zlepkami mniej lub bardziej udanych ilustracji, które nie układają się w płynną narrację. A przecież najważniejszym zadaniem tej formy sztuki jest opowiadanie historii. Gdy rysownik sobie z tym nie radzi - nie jest dobrze. Jeszcze gorzej jest gdy nie radzi sobie z tym scenarzysta. Przykro to mówić, ale Powalisz najzwyczajniej w świecie brakuje warsztatu. Umiejętności opowiadania i to opowiadania ciekawie. Szokujące było dla mnie zaobserwowanie, że Powalisz legitymująca się jako scenarzystka, dramatopisarka i reżyser nie potrafi wykorzystać podstawowej wiedzy o konstruowaniu historii czyli tego, że każda powinna składać się z rozpoczęcia, rozwinięcia i zakończenia. Fabuły są pozrywane, nagle ucięte; coś się dzieje, trwa jakaś akcja, po czym nagle następuje koniec załadowany tekstem. Kolejną usterką jest nieumiejętne stosowanie narracji werbalnej. Widać to zwłaszcza w narysowanym przez Jurczak komiksie „Luksusowe Duo”, który zaczyna się w miarę poprawnie, natomiast końcowe plansze to horrendalne szaleństwo dialogowo-dopiskowe, w którym teksty przytłaczają całościowy obraz planszy! Odnoszę także wrażenie, że Powalisz ze zgromadzonych materiałów faktograficznych nie potrafiła wyciągnąć interesujących historii. Żadna bowiem nie zaciekawiła mnie na tyle, bym z wypiekami na twarzy oczekiwał na puentę (których na ogół brak). Wszystkie te historie są hmm… bezpłciowe. W komiksach Powalisz nie sposób utożsamiać się z bohaterami, ani oni ani ich działania nie wzbudziły we mnie żadnych emocji. Niech za przykład posłuży komiks „Kłosy między kartkami” z rysunkami Konopackiej. Ostatnie wydarzenie, kończące akcję w żaden sposób nie wynika z poprzednich, nie pokazano dlaczego bohater decyduje się na taki a nie inny krok, nie przedstawiono żadnego dramatu osobistego, psychologicznej głębi, nic. Tylko suche fakty i wymienianie kolejnych historycznych nazwisk. I na koniec jeszcze podsumowująca całość „encyklopedyczna” plansza, która dobitnie podkreśla bezradność scenarzystki. Inny niewybaczalny błąd Powalisz popełniła w historii „Przemiana” narysowanej przez Olgę Wróbel. Mozolnie wprowadzana i konstruowana, w gruncie rzeczy udana (choć mało oryginalna) metafora zostaje zaprzepaszczona łopatologicznym wytłumaczeniem na ostatniej planszy. Traktowanie czytelników jak idiotów nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem.


Doświadczeni scenarzyści  z tego samego materiału wydobyliby pełnokrwiste, wciągające opowieści. 


Jest mi niezmiernie przykro, że „Złote pszczoły” wyglądają tak jak wyglądają. Dzięki swojej sferze tematycznej, była szansa by album odbił się echem w mediach a przede wszystkim by za jego pomocą opowiedzieć dobre historie, które trafiłyby do publiczności na co dzień nie czytającej komiksów. Po lekturze antologii, jestem przekonany że jest to „strzał w próżnię”. „Złote pszczoły” nie zainteresują ani dorosłych, ani dzieci, które ponoć są czytelnikiem docelowym. Obawiam się, że może stać się wręcz odwrotnie - antologia skutecznie zniechęci do komiksów, każdego, kto po nią sięgnie. Obym się mylił.




wtorek, 07 lutego 2012
DIY - "The Bjuti" - Kasiński i Trojanowski - Akcja "Piszmy o polskich komiksach" #4

Akcji "Piszmy o polskich komiksach" odsłona czwarta. Dziś króciutko o albumiku "The Bjuti", bo jestem wyczerpany po długiej walce ze srogim tekstem o pewnym albumie. Tekst ten jeśli się nie ukaże tam gdzie powinien zostanie opublikowany na tym blogu. A tymczasem do rzeczy!

Od razu zaznaczam, że moje opinie są czysto subiektywne, wynikają z moich upodobań i jakiejś tam wizji komiksu i sposobu opowiadania jaki preferuję. Dlatego proszę o dystans do tych wpisów, bo choć czasem będą surowe, to nie mam na celu nikogo obrażać.

The Bjuti - Pik i Robi

"The Bjuti" Piotra Kasińskiego i Roberta Trojanowskiego, to radosny zbiór będący swoistym podsumowaniem 10 lat wspólnego komiksowania autorów oraz ich jeszcze dłuższej znajomości. Kolejne, choć w sumie niezbyt liczne, dziełka Pika i Robiego były prezentowane w wielu miejscach i w takiej rozpiętości czasowej, że pewnie większość młodych wilków z kręgu DIY w ogóle nie wie, że takie publikacje istniały. Autorzy bowiem pokazywali się w zacnym magazynie "Arena komiks" ale i np. w antologiach "Manga po polsku" czy "Wesoły finał". Z twórczością obu sympatycznych autorów jest tak, że to takie dość (głównie - bo nie wszystkie) niewinne, wywołujące uśmiech na twarzy historyjki, które niczym szczególnym się nie wyróżniają oprócz tego, że od razu widać jak świetnie obaj panowie bawią się przy ich robieniu. Twórcy mają przyzwoity warsztat, Robi często umieszcza dodatkowe smaczki w kadrach, wynajdywanie których może przysporzyć sporo zabawy. Ja tam strasznie lubię komiksy tego duetu a w "The Bjuti" najbardziej podobały mi się historie "Klucz", "Sailor Buum" oraz paski. Bardzo ciekawe są też odautorskie komentarze i cały materiał faktograficzny, który na pewno wywołał łezkę wzruszenia u autorów, a dla osób śledzących ich twórczość (czyli takich jak ja) jest klawym dodatkiem. Sam bym chciał mieć kiedyś taką antologię swoich prac, więc trochę zazdroszczę. Także sięgnijcie po "The Bjuti" bo to sympatyczny zbiorek.

 

 

_____________________________________

Przy okazji na blogu Pika i Robiego znalazłem link do recenzji "Antologii pasków komiksowych", którą to kiedyś wydałem. Jej autorem jest Kuba Jankowski obecny rednacz komiksowego działu Poltera. Huhu stare dzieje...

czwartek, 26 stycznia 2012
DIY - "Mydło" i "KEFT" - Akcja "Piszmy o polskich komiksach" #3

Akcji "Piszmy o polskich komiksach" odsłona trzecia. Dziś króciutko o dwóch zeszytach, które swe premiery miały podczas MFK'11. "Mydło" i KEFT".

Od razu zaznaczam, że moje opinie są czysto subiektywne, wynikają z moich upodobań i jakiejś tam wizji komiksu i sposobu opowiadania jaki preferuję. Dlatego proszę o dystans do tych wpisów, bo choć czasem będą surowe, to nie mam na celu nikogo obrażać.

 

Mydło zin

"Mydło" to zin w formacie A6 (bardzo lubię takie rozmiary) z genialną w swej prostocie okładką. Za sterami periodyku stoją Jakub Grochola (często współpracujący z Tomkiem Kontnym) oraz Szymon Szelc. Wewnątrz znalazły się prace 10 autorów, z których najbardziej znani poza Grocholą są Michał Rzecznik aka Mazol oraz Mikołaj Tkacz. Jednak to nie oni stanowią o sile "Mydła". Anna Karolina Kaczmarczyk skradła całego zina za pomocą jednego czterokadrowego paska "Chomiczki" ale warto też zwrócić uwagę na Maję Demską i jej dwuplanszówkę o Białym Jeleniu oraz na komiks "Misja" Renaty Gąsiorowskiej, któremu troszkę chyba jednak szkodzi format, za to fabuła w tym shorcie jest zaiste przednia! Komiks prosto wykonany ale zaangażowany ideowo! Prawdziwy underground! Pozostałe prace niestety nie zrobiły na mnie większego wrażenia, zwłaszcza komiksy Mazola (o dziwo). Co nie zmienia faktu, że to kawałek przyzwoitego zina. Liczę, że na kolejnym z komiksowych festiwali pojawi się drugi numer "Mydła", a ci, którzy jeszcze nie zapoznali się z pierwszym niech jak najszybciej nadrobią!

 

 KEFT - Drużyna Niesamowitych Cweli

"KEFT" to wspólne dzieło Drużyny Niesamowitych Cweli, w skład której wchodzą Panrac, Zbroj, Kordian, Skarża i Brzozo czyli ekipa znana przede wszystkim ze sceny webkomiksu, ale ale, Skarża szefuje też zinkowi "Hałabała" zaś Brzozo publikuje w "Bicepsie" oraz ma na koncie sympatyczny albumik "Och! Przygody Gentlemańskiego barbarzyńcy". Generalnie DNC powstała przy okazji którejś tam edycji Bitw Komiksowych, gdzie uczestnicy podzielili się na ekipy i walczyli zespołowo. Bez bicia przyznaję, że dawno przestałem śledzić te pojedynki, a na stronę Bitw zaglądam od wielkiego dzwonu. Co nie zmienia faktu, że kojarzę odwołania i większość celi ataku Cweli. No właśnie bo "KEFT" jest dissem na komiksowo a zwłaszcza jego webkomiksową (czy też początkowo webkomiksową) część. Na kartach komiksu pojawiają się karykatury różnych mniej lub bardziej znanych komiksiarzy przez co być może "KEFT" jest zbyt hermetyczny - ale w końcu to jedynie zeszycik w nikłym nakładzie, który i tak kupią głównie ludzie z komiksowa. Okej, podczas lektury bawiłem się wyśmienicie, żarty-dissy udały się znakomicie - przy wprowadzeniu na scenę Robogila autentycznie zakręciła mi się łezka w oku. Jest cudnie! Rysunkowo niestety nierówno, ale całość nie schodzi poniżej solidnego poziomu. Różowe barwy - wypas, bardzo dziękuję również za wspaniałą onomatopeję "WPIEPRZ!" - klawa! "KEFT" - super sprawa - takie dissy to ja rozumiem. Czekam na następne odsłony.

 



niedziela, 15 stycznia 2012
DIY - "Kamień przeznaczenia" - Kleszcz - Akcja "Piszmy o polskich komiksach" #2

Akcji "piszmy o polskich komiksach" odsłona druga.

Od razu zaznaczam, że moje opinie są czysto subiektywne, wynikają z moich upodobań i jakiejś tam wizji komiksu i sposobu opowiadania jaki preferuję. Dlatego proszę o dystans do tych wpisów, bo choć czasem będą surowe, to nie mam na celu nikogo obrażać.

UWAGA! SPOILERY!

"Kamień przeznaczenia" to seria, nad którą w pocie czoła pracuje Tomasz Kleszcz. Do spółki z autorem opublikowało ją Wydawnictwo Roberta Zaręby. Ukazały się dotąd dwa albumy, ja jak na razie zapoznałem się z tomem pierwszym. Jak tylko będę miał okazję sięgnę po kontynuację gdyż autorowi udało się mnie zaciekawić i zmusić do kombinowania o co chodzi i jak to się będzie dalej rozgrywało.

Kamień przeznaczenia - okładka - Tomasz Kleszcz

Głównym bohaterem komiksu jest Dux - niegdyś opryszek, obecnie twardziel współpracujący z tajemniczym naukowcem Samem. Ten duet usiłuje przeciwstawić się nadprzyrodzonym istotom, które mają na celu przejęcie władzy nad Ziemią. Najniebezpieczniejszym przeciwnikiem wydaje się być bóg Marduk, który dopiero co powrócił do naszego świata a do osiągnięcia swoich celów potrzebuje tytułowego Kamienia przeznaczenia. Tym okazuje się być...

No właśnie, Kleszcz buduje fabułę szeroko zakreślając jej brzegi. Przedstawia alternatywną wersję pochodzenia rodzaju ludzkiego (czyżby inspiracja serią o Ais Polcha?), stawia przed czytelnikiem wiele tajemnic nie dając na razie zbyt dużo odpowiedzi. Dzięki temu autentycznie wciągnąłem się w ten świat i chętnie zapoznam się z dalszymi losami bohaterów.

Jednak "Kamień przeznaczenia" nie jest dziełem idealnym. Jest przyzwoitym komiksem sensacyjnym z fantastycznymi wątkami, który przyjemnie się czyta choć należy przymknąć oko na sporo niedoróbek. Tych zresztą autor jest świadomy co pozwala sądzić, że z biegiem czasu usterki będą przez niego systematycznie usuwane.

Przyznam, że na razie Kleszcz bardziej przekonuje mnie jako scenarzysta niż jako rysownik. Bo choć dialogi są trochę sztywne, a historia to w sumie nic odkrywczego, "Kamień przeznaczenia" czyta się naprawdę dobrze. Fabuła jest spójna, dobrze poprowadzona, tam gdzie trzeba przyspiesza, innym razem zwalnia, poszczególne rozdziały spuentowane są cliffhangerami. Solidne komiksowe rzemiosło.

"Kamień przeznaczenia" - plansza - Tomasz Kleszcz

Nieco gorzej jest w przypadku warstwy graficznej. Kleszcz bardzo umiejętnie i precyzyjnie rysuje samochody i architekturę (choć zdarzają się kiksy), natomiast wizerunki postaci muszą jeszcze zostać dopracowane. Ale to szczegóły - najważniejsze jest! Dynamiczne pościgi, starcia napakowanych typków, seksowne laski - to w końcu komiks akcji i jako taki po prostu się sprawdza.

Więc jeśli ktoś lubi mejnstrimowe opowieści, gdzie dużo się dzieje powinien zapoznać się z "Kamieniem przeznaczenia". Myślę, że warto też obserwować twórczość Kleszcza, bo to autor niesamowicie pracowity i konsekwentny. Zresztą w albumie znajduje się credo, które doskonale opisuje podejście autora do tworzenia (i jest generalnie świetnym manifestem DIY):

"... Kwiaty więdły, kurz osiadał, słońce wschodziło i zachodziło, a ja niezmiennie garbiłem się nad stołem i smarowałem i smarowałem i smarowałem... A potem siadałem przed komputerem i klikałem, klikałem, klikałem... Po pracy, po nocach, w weekendy i święta, na urlopie i na chorobowym. Bo to się nazywa maniactwo. Z dziecięcą radością obserwowałem, jak powstają kolejne kadry, kolejne strony i kolejne rozdziały. Bo to mnie w życiu cieszy... Nie robię tego w niedziele po południu dla relaksu. Nie traktuję tego jako hobby. Robię to zawsze, jak nie na papierze, to na komputerze, jak nie na komputerze, to w głowie. Ja tym żyję."

Komiks do kupienia w większości sklepów komiksowych.

piątek, 13 stycznia 2012
Akcja "Piszmy o polskich komiksach" #1 - DIY - "Ból" - Harmaciński i Boettcher

Startuję z nową serią wpisów, które szumnie będą w jednej kategorii - Akcja "Piszmy o polskich komiksach". Skupiać się tu będę przede wszystkim na produkcjach niezależnych, wydawanych przez autorów własnym sumptem czyli DIY w najczystszej postaci. W sumie i tak to robiłem opisując chociażby ziny ale jako, że aktualnie lokalny ryneczek przeżywa renesans takich samizdatowych produkcji to myślę, że warto się nad nimi pochylać i opisywać. Ważne jest to głównie dlatego, że często są to dzieła autorów, którzy potem już do komiksów nie wracają, często także autorzy oczekują jakiegokolwiek odzewu a gdy ten jest na ogół lichy, tracą motywację do dalszych działań. Trzeba się więc polskimi autorami interesować, pisać o ich komiksach, oceniać, zwracać uwagę co jest dobre a co nie. Być może za kilka lat ci ludzie będą rządzić naszym komiksowem?

Od razu zaznaczam, że moje opinie są czysto subiektywne, wynikają z moich upodobań i jakiejś tam wizji komiksu i sposobu opowiadania jaki preferuję. Dlatego proszę o dystans do tych wpisów, bo choć czasem będą surowe, to nie mam na celu nikogo obrażać.

UWAGA! SPOILERY!

Dobra, to na pierwszy ogień biorę albumik "Ból", który premierę miał niedawno, a który możecie nabyć za pośrednictwem allegro.

Ból - Piotr Harmaciński, Kamil Boettcher

Autorami tego dzieła są scenarzysta Piotr Harmaciński i rysownik Kamil Boettcher. O ile twórczość pierwszego była mi dotąd całkowicie obca, o tyle debiut Boettchera można było zobaczyć w 9 numerze magazynu "Kolektyw". Scenarzysta ma na koncie jeszcze jeden album "Outer Space" zrealizowany wspólnie z Michałem Ogińskim, jednak przyznaję, że komiks ten umknął mojej uwadze (a przykładowe plansze troszkę odstraszają). Ale do rzeczy.

Autorski duet należy pochwalić przede wszystkim za odwagę, gdyż zdecydowali się na przedstawienie pełnometrażowej (64 strony!) opowieści praktycznie całkowicie pozbawionej narracji werbalnej. "Ból" to historia science-fiction opowiadająca o planecie zamieszkałej przez żyjącą w zgodzie z naturą humanoidalną rasę na niskim poziomie zaawansowania technicznego*, która ma niestety pecha albowiem w ich świecie pojawiają się Ziemianie. Nic nowego, wiele fabuł rozgrywa się według podobnego schematu. Możliwości rozbudowania wątku spotkania dwóch obcych sobie ras jest kilka:

1. Rozwiązanie agresywne:

a) jedna z ras dominuje nad drugą,

b) siły są wyrównane,

2. Rozwiązanie pokojowe - rasy próbują koegzystować

3. Brak rozwiązania - gdy jedna rasa kompletnie ignoruje drugą.

Harmaciński wybrał opcję 1a i zaserwował spójną historię autochtona, który będąc jeńcem widzi systematyczną eksterminację swoich pobratymców, przez wiecznie zakutanych w bojowe skafandry ludzi. Scenarzysta umiejętnie buduje historię, w której czytelnik śledzi dramat bohatera coraz bardziej "niszczonego" przez oprawców, aż do momentu rozwiązania akcji. Warto zwrócić uwagę na udany zabieg jakim jest niepokazywanie twarzy ludzi. Oni występują jedynie jako bezosobowe "zło", pozbawione indywidualnych cech. W opozycji zaś jest cierpiący bohater obserwujący i przyczyniający się do zagłady swojego świata. Fabuła została poprowadzona bardzo sprawnie, spójnie i konsekwentnie. Tylko, że opowieść jest niestety wtórna...

Ból - plansza - Piotr Harmaciński, Kamil Boettcher

Boettchera należy przede wszystkim pochwalić za ilość pracy włożonej w powstanie "Bólu". Myślę, że przed tym rysownikiem jest ciekawa przyszłość. Dobrze czuje on język komiksu i płynnie opowiada. Styl rysunku mnie osobiście jakoś strasznie nie zachwycił, momentami te komputerowe szarości zlewają się i są mało czytelne. Jednak postacie zostały narysowane poprawnie, przyzwoicie oddano ich ruch, można by trochę bardziej dopracować tła i design pojazdów. Warto też dopracować kompozycję plansz i zastanowić się nad doborem liternictwa do wyrazów dźwiękonaśladowczych. Być może używanie takiego samego fonta przez cały komiks nie jest najlepszym rozwiązaniem? Wierzę jednak, że Boettcher wraz z ilością zarysowanych stron i publikowanych komiksów, będzie eliminował te mankamenty.

"Ból" jako album autorów stawiających pierwsze kroki broni się na czwórkę z minusem. To sprawnie zrealizowany, przyzwoity kawałek komiksu. Myślę, że warto zapamiętać nazwiska obu autorów, w przyszłości mogą sporo namieszać. I tego im oraz czytelnikom życzę.

 

___________________________

*i tu jest zgrzyt logiczny - albowiem, prymitywny lud ma jednak proste machiny latające ze śmigłem. Czym one są napędzane? Bo z komiksu nie wynika, że siłą mięśni...

Zakładki:
Blogi
Fotoblogi
Galerie i inne miejsca z kulturą
Komiksy i nie tylko na facebooku
Komiksy internetowe
Link do wszystkiego (prawie) komiksowego PL
POLISH'D SILENCE
Serwisy/magazyny
Strony www
Wydawnictwa komiksowe
Tagi